Sprawozdanie z wycieczki

Wycieczka Rakoturu 2013

     Jak obiecałem, tak czynię i piszę sprawozdanie z wycieczki.

Wyjechaliśmy nietypowo, bo w maju (2-go) i w czwartek, kiedy nie było żadnego święta. Zaraz po załadowaniu do autokaru zaczął ale lać deszcz i lał nam aż gdzieś do Trenczyna. My jechaliśmy zwiedzać najpierw Nitrę i kiedy dojechaliśmy, była ładna słoneczna pogoda a ziemia aż wysuszona. Jechaliśmy najpierw po przewodnika do centrum Nitry i miasto bardzo się nam podobało.Już z przewodnikiem byliśmy na nitriańskim zamku (ponoć jedynym całorocznie na Słowacji zamieszkałym, chyba obok bratysławskiego). Wszędzie kwitły kasztany (białe i czerwone), i oczywiście bzy. To dodawało miejscu specjalnego uroku. Nitra była w zaraniu wieków jednym z głównych grodzisk Wielkomorawskiej rzeszy i jest tam po niej dużo pamiątek. Przewodnik, który był chyba historykiem, wiedział że ma do czynienia z Polakami i na każdym kroku przypominał związki Nitry z Polską. Ilu księży przyszło z Polski, mnich- pustelnik był Polakiem, jakie dary i relikwie Nitra z Polski otrzymała, przypominał odsiecz wiedeńską

Jana III Sobieskiego, ale mówił fundowanie i dobrze się go słuchało. Co ale ciekawe (a to było i we wszystkich witrynach), że Słowian nazywał Słowakami. A więc cała Wielkomorawska rzesza była zaludniona Słowakami a to: Serbami, Chorwatami, Lachami, Rusinami i t.d….. tam też Cyryl i Metody udzielili Słowakom chrztu, choć Chrześcijaństwo było tam zadokumentowane już gdzieś w 5. wieku. Ale wtedy byli tam chyba Celtowie. W każdym razie Nitra zrobiła na nas bardzo dobre wrażenie.

     Z Nitry mieliśmy jechać nad zaporę do Gabčikowa. Za długo wstrzymaliśmy się ale w Nitrze i w dodatku nadciągały burzowe chmury, więc ominęliśmy Gabcikowo i pojechaliśmy wprost do Gyoru (czytaj-Diyru). Większość turystów Gyor już znała, ale zamieszkaliśmy w samym centrum- naprzeciwko ratusza, więc dobrze się spacerowało jak przed, tak i po kolacji. Deszczu znów uciekliśmy, ten przyszedł aż w nocy a następny dzień było znów ładnie.

     To już jechaliśmy na Panonhalmę (po węgiersku: wzgórze Panonii). Wielki klasztor na stosunkowo wysokiej górce, może tak 400m nad okolicznym terenem. Dla Węgrów coś jak Częstochowa, tyle, że o ile ta się oparła szwedzkimu potopowi, to Panonhalma była trzy razy ograbiana przez Turków. Jest to ale monumentalna warownia z klasztorem, wielką biblioteką i liceum (u nas gimnazjum) dla chłopców.  Klasztor opuszczaliśmy w samo południe. Schodziliśmy bardzo wilgotnym po deszczu laskiem, było gorąco a my szliśmy na pierwszą na wycieczce degustację wina. Była zaraz pod klasztorem w miasteczku (wsi) Panonhalma. Wina, może nie najlepszego gatunku, ale sponzorowane, więc nie można było odmówić nawet kieliszka.

     W dobrym humorze opuszczaliśmy więc Panonhalmę i jechaliśmy do Komarom. Komarom to peryferia. pozostałość po dawnym mieście, które po podziale pozostało na słowackiej stronie i nazywa się Komarno. Toteż przejechaliśmy go na Słowacką stronę i tam zwiedziliśmy stare miasto. Wszystkich zaskoczył zupełnie nowy ryneczek, zwany ”Namestie Evropy”. Wyburzono stare slumsy i pewnie za europejskie pieniądze wybudowano rynek, z okalającymi go domami, każdy w innym stylu. Można rozpoznać dom z Holandii, dom z Bułgarii, żydowski, w tureckim stylu i inne. Rynek jeszcze nie jest zupełnie gotowy, ale miejscami już się kruszy. I tak jest ale ładny. Warto zobaczyć. I to szybko, nim się rozkruszy.

     Z Komarna pojechaliśmy do Esztergom. Ładna miejscowość, taki cukierek na Dunaju. Nas zakwaterowano w hotelu na wysepce pod katedrą. Miasto do niedawna nie było połączone z leżącym na przeciwnym brzegu Šturovem, (ja jeszcze przed dwudziestu laty przejeżdżałem tam promem) dopiero kilka lat stoi nowy most w pierwotnym stylu.  Na każdym kroku widać ale, jak kryzys na Węgrów dolega. Dużo opuszczonych domów, domy do sprzedania, nie odnawiane zabytki. A co nas najwięcej zaskoczyło, to to, że wieczorem ulice były nie oświetlone. Tyle światła, ile otwartach gospód, czy wystaw sklepowych. Ale katedra oświetlona. Zwiedzaliśmy ją następny dzień. Monumentalna. Trzecia największa w Europie (po katedrze św. Piotra w Rzymie i katedrze św Pawła (?) w Londynie). Na pewno warta zwiedzenia. Ja już ale kościołów i katedr zaczynałem mieć dosyć.

     Teraz z biegiem Dunaju przejechaliśmy do Viszegradu. Jak już sama nazwa wskazuje, grodzisko ( chyba Wyszniogród) było założone już w czasie rzeszy Wielkomorawskiej, po wpadzie Węgrów przeszło w ich ręce, pozostała tylko nazwa. Ruiny (odnowione i przebudowane na muzeum) stoją na szczycie góry (tak 300m nad Dunajem), poniżej stoi drugi zamek z wieżą Salomona, ten używany do konferencji „Grupy wyszegradzkiej”, a jeszcze niżej warowna brama. Całość, od szczytu, aż po wody Dunaju połączona murem obronnym. Nie wiem, czy to z powodu najezdników, czy dla łatwiejszego wybierania myta? Teraz też nic, nawet zobaczyć nie można było za darmo. Ale zwiedzenia warte. Koło Viszegradu Dunaj skręca na południe i przez Szentendre płynie do Budapesztu i dalej.

     My pojechaliśmy do Szentendre. ( czytaj Sentendre). Tak strasznie to brzmi, a kiedy podzielić to na dwa słowa Sent Endre, to wyjdzie nam Święty Andrzej. Tak jak Santiago to św. Jakub. Miasteczko założone przez Serbów i Chorwatów uciekających przed Turkami, teraz odpoczynkowe miejsce dla Węgrów z oddalonego o 20km Budapesztu. Miasteczko: jarmark, kawiarnie, jadłodajnie, galerie, galerie i galerie. Kościoły też, ale już nie zwiedzałem.

     A stąd już do końcowego punktu, do Egru. Eger, to bardzo stare miasto, założone zaraz po wpadzie Węgrów do Panonii przed tysiącem lat. Ale najazdowi Turków się nie obroniło. My mieszkaliśmy znów bardzo blisko centrum. Więc przed kolacją zwiedziliśmy stare miasto i mile zmęczeni pojechaliśmy na kolację do „Doliny pięknych pań”. Dolina 2km od hotelu, pełna malowniczych winnych piwniczek. Nazwa doliny wywodzi się chyba od przysłowia: „Nie ma brzydkich kobiet, tylko czasem wina brak”. Kolacje i śniadania mieliśmy w każdym hotelu i to dobre. Tutaj ale w czardzie była gęś z kapustą po węgiersku, do tego przygrywali Cyganie i było kosztowanie wina, tak po 0,5l na każdego. To oczywiście nie obyło się bez śpiewu i dobrej zabawy. Bardzo wesoło, dosyć późno w nocy, wracaliśmy do domu. Gwoźdiem programu był ostatni dzień wycieczki: kąpanie w wodach termalnych niedaleko Egru. Kąpielisko zupełnie nowe, częściowo jeszcze w budowie, ale gotowa część już udostępniona. Ładnie położone na zboczu, więc i baseny kąpielowe usytuowane jako kaskady. Pogoda wspaniała, bez chmurki, baseny o różnej temperaturze, od 30 do 36 stopni, dobre towarzystwo nawzajem się wspomagające forintami (Euro to dla nich nie pieniądz). Po prostu wspaniała kropka za wycieczką.

     No i powrót do domu. Odjeżdżaliśmy o 14-tej przez Szalgotarjan, kierunek- Lucenec, Detva, Zvoleń, Kremnica, Martin, Żylina, Czadca- Cieszyn. Na Węgrzech było stosunkowo drogo, więc każdy się cieszył, że na Słowacji już za Eura zje jakąś dobrą kolację. Kiedy dojeżdżaliśmy do Kremnicy opowiadałem okołosiedzącym o tym, jak to Jędruś Mitura zamówił w Kremnicy obok basenu domek kampingowy. Internetem, od pierwszego września. Kiedy dojechał, kamp był zamknięty a basen próżny. Do domku go wprawdzie puścił woźny z słowami: „My tuna internet nie mame”, ale zamieszkał. Była ładna pogoda, do campu podjeżdżali Polacy, ale widząc, że zamknięte a basen próżny, odjeżdżali. Mówiłem, że teraz coś takiego, już się chyba nie zdarzy. Tego nie miałem mówić. Podjechaliśmy pod restaurację Šturiec  pod Hornou Štubnˇou. Kierowca musiał pół godziny odpoczywać, więc mieliśmy pół godziny na kolację. Na parkingu stał już jeden polski autobus i plątało się tam około 50 osób. Jakie było nasze zaskoczenie, kiedy od kelnerki usłyszeliśmy: „Už nie obsluhujeme. Zatvarame. Už je sedem hodin”. A to było na dole w picerii i na górze w restauracji. Na parkingu błądziło około stu turystów: głodnych, spragnionych, pragnących zostawić tu kilka set Euro, a tu słyszą: „Neobsluhujeme, už je sedem hodin”. Ale Europa! Wypiliśmy kilka kieliszków z swoich zasobów i głodni jechaliśmy dalej. Największym zaskoczeniem było to dla polskich kierowców (my też mieliśmy autokar z Polski). „Kiedy w Polsce podwiozę pod gospodę autokar turystów, to dwaj kierowcy i pilot mają kolację za darmo a turyści najedzą się na zapas”. A tutaj: neobsluhujeme. Dziwny jakiś ten kryzys. Ale pomimo tego, w dobrym humorze dojechaliśmy do domu. Tutaj owszem nasze największe podziękowania należą się Zygmuntowi. Wycieczka była chyba w 98% jego dziełem, (nie uwłaczając Małgosi), tak samo i sponzoring w winnej piwniczce.        W podzięce mogę Go przynajmniej pochwalić. Zrobi jeszcze jakąś wycieczkę do Tramtaryje?

     Zobaczymy i czekamy.     Bronek